|
Sztuki walki są moja pasją odkąd sięgam pamięcią. Trenowałem
u różnych nauczycieli, ciągle poszukując stylu, który da mi pełną satysfakcję i
możliwość weryfikacji tego, czego się nauczyłem. Niestety, większość sportów
walki posiada liczne ograniczenia oraz dużą otoczkę związaną z chęcią
wyróżnienia się wśród innych dyscyplin. Zaczynałem z ogromnym zapałem i chęcią
samodoskonalenia się – nie tylko fizycznego, ale również duchowego. Wielokrotnie
jednak obserwowałem, również na sobie, że zbyt dużo uwagi poświęcaliśmy na zdobywanie
pasów, tytułów, pozycji, czyli na zewnętrzny aspekt tego, co powinno być tak
naprawdę wierzchołkiem góry, jaką jest trening i praca nad sobą.
O Dog Brothers dowiedziałem się przypadkowo. Ustaliłem, że
można kupić kasety szkoleniowe i czym prędzej to zrobiłem. Na filmach, które
zdobyłem, guru Benjamin „Lonely Dog” Rittiner wraz z guru Markiem „Crafty Dog”
Dennym prezentowali techniki, które bardzo mi się spodobały. Szczególnie
urzekła mnie ich prostota i praktyczne zastosowanie.
Dowiedziałem się wtedy o seminarium, które miało odbyć się w
Niemczech i postanowiłem sprawdzić, jak na żywo i w wykonaniu samego mistrza
wygląda Dog Brothers, bo miało być ono prowadzone właśnie przez Benjamina Rittinera.
Przyznam szczerze, że czułem dużo sceptycyzmu przed tym wyjazdem, lecz wraz z
grupą trzech osób wkrótce wyruszyliśmy do Niemiec.
Na sali treningowej było około 40 osób. Z wielką
niecierpliwością czekaliśmy na przybycie guru. W Dog Brothers nie używamy kimon
ani specjalnych strojów. Każdy ubiera się tak, jak jest mu wygodnie trenować.
Jednak my byliśmy przekonani, że mistrz, którego znaliśmy tylko z ekranu
telewizora, będzie się jakoś wyróżniał. Oczekiwaliśmy jego przybycia. Kiedy ten
moment nadszedł i na salę wszedł niepozorny mężczyzna ubrany w krótkie spodenki
i powitał wszystkich uśmiechem na twarzy i serdecznym spojrzeniem, zacząłem
wątpić, czy to ta osoba z kaset, które oglądałem. Po 20 minutach treningu nikt
już w to nie wątpił.
Historia mojego pierwszego seminarium doskonale oddaje sens
Dog Brothers i przez cały czas staram się, aby wszyscy członkowie naszej grupy
treningowej czuli to, co ja czułem zaczynając swoją przygodę. W naszej grupie nikt
nie jest zaszufladkowany, bo posiada taki czy inny pas. To, że jestem
nauczycielem nie oznacza, że grupa ma być ode mnie zdystansowana, ale wręcz
przeciwnie. Jesteśmy przyjaciółmi i trenujemy tak, aby każdy czuł swoją wartość
jako wojownik. Nagrodą za ciężką pracę nie jest medal ani pas, ale zwycięstwo w
walce. Przestrzegamy jednocześnie zasady, aby nie robić sobie nawzajem krzywdy
mimo, iż walczymy bez zasad. Mimo, że jak w każdym sporcie, tak i u nas
istnieje rywalizacja, w naszej grupie wzajemnie się od siebie uczymy. Trenujący
dłużej pomagają początkującym tak, aby „stado” było na jak największym
poziomie.
Dwa razy w roku odbywają się walki w Szwajcarii i USA. Nie
każdy jednak musi chcieć tam walczyć. Na nikim nie wywieram nacisku. Cały czas
podkreślam, że każdy posiada własną drogę, a najważniejsze jest to, aby nie
zbaczać z kursu i jeśli chce się trenować, robić to. Mimo niepowodzeń dawać z
siebie jak najwięcej i pamiętać, że robimy to dla siebie. Nagroda będzie wtedy
największa.
Tomek Jurkiewicz
|